W początkowych zamierzeniach(jak ja kocham to mówić) ten tekst miał mieć swoje miejsce w wpisie “Wkurwiające sytuacje… [Część 2]“ dodanej 15 września, ale podczas pisania notka rozciągnęła się do większych gabarytów dlatego postanowiłem z niej zrobić osobny wpis i zamieścić to wcześniej. Zapraszam do czytania:
Opróżnianie piwnicy.
Po chorej przeprawie z gruszkami(nie znających historii odsyłam do notki opisującej całe zajście”gruszki i jak to było z pakernią, czyli komiedia w 5 scenach“) musieliśmy się przenieś w inne miejsce- do mojej piwnicy(przydałby się jakiś grzmot w tle albo zawycie wilka, czy coś…). Oczywiście możliwości do ulokowania było pełno, począwszy od mojej piwnicy poprzez moją piwnice, kończąc na mojej piwnicy. Lokum już jest, teraz trzeba je przygotować, muszę w tym miejscu napomknąć o tym, że nigdy nie była sprzątana, tak po prostu, chyba nikomu się nie chciało albo były ciekawsze roboty(będą świadczyć o tym rzeczy znalezione tam, które wymienię później). Do domu z nad morza wróciłem w niedziele, ale dzień wcześniej dałem znać kumplom, że załatwiłem 15 litrów białej, akrylowej farby(ja to jestem dobry, nad morzem załatwiłem farbę, nie pytać jak bo i tak nie powiem) i ogłosiłem mobilizacje do remontu na poniedziałek.
Rano o godzinie 9:00 pod drzwiami mojej klatki stawiła się ekipa- nie liczna ale śliczna, uzbrojona w wiadra(tylko!) do wynoszenia gruzu, zasadniczo braliśmy się do tego wszystkiego bez jakichkolwiek narzędzi, liczyliśmy na łut szczęścia, że pomiędzy tym całym bajzlem, gruzem i jakimiś nieudanymi eksperymentalnymi stolarskimi mojego ojca znajdziemy łopaty, miotły i wiadra. Idioci nie wpadli na to, że w najgorszym przypadku będą ładować rękami. Szczerze się przyznam do obaw związanych z tym sprzątaniem, nie lubię pracować, wychodzę z założenia, że jestem za młody i za piękny żeby pracować(!!!!) to po pierwsze, a po drugie- przez tyle lat prawdopodobnie nieokreślone robactwo i szczury uwiły sobie gniazda pomiędzy nadmienionym syfem. No ale przecież nie mogłem się nikomu przyznać. Ehhh pora zabrać się do roboty.
Zaczęliśmy od wynoszenia starych drzwi, stolików, różnistego złomu i 10 reklamówek pełnych pustych butelek po wódce i winach(!!!!!!!), następne w kolejce były w/w eksperymenty stolarskie mojego ojca czyli regał z płyty pilśniowej(tudzież moja uwaga- co za debil buduje 1,5m szafko-regało-pułkę z takiego materiału), następna w kolejce była szafka- prawdopodobnie na buty bo nic innego by się tam nie zmieściło no i najbardziej udane dziecko kunsztu stolarskiego by mój ojciec- obcięta do połowy meblościanka. Nie wiem dlaczego to zrobił, akt desperacji czy próba wyładowania złości. Pomiędzy milionami szpargałów znaleźliśmy(odkurzacze, stare akwarium, 2 szyby, 20 kg zaschłego cementu, piec gazowy, kafelki, kable, żarówki, denaturat, łopatę, 4 wiadra, 3 miotły i jedną szufelkę- głupi to zawsze ma szczęście, narzędzia jak znalazł, wszystko w doskonałych proporcjach. Może kiedyś spisze wszystko co tam było) jakże antyczne i niespotykane rzeczy:
-tarka do prania(pralka ręczna- waszbret) cała metalowa.
-2 częściowy, metalowy stojak do podbijania butów.
Wszystko wyjebaliśmy na śmietnik.
Zabraliśmy się za wynoszenie gruzu z piwnicy, jeden ładował do wiader ten miał pomieszany z gruzem, o dziwo jaka świetna zabawa jest przy machaniu łopatą, każdy chciał nabierać ten syf, mimo okropnego kurzu i morderczej machaniny. W ten sposób wyrywaliśmy sobie co chwila z rąk łopatę. Ciekawe za ile odczujemy objawy Pylicy Płuc. A potem razem wynosiliśmy to wszystko za śmietniki(za śmietniki dlatego by wymigać się od płacenia za wypożyczenie gruzownika). Gruzu była niesamowita ilość- ponad 42 duże wiadra i zajebiście wielkie odciski od metalowych uchwytów. Denerwują mnie te pojeby siedzące na ławce i patrzące się na nas jak na kosmitów. Zostało tylko pozamiatać podłogę, umyć ściany z pajęczyn i następnego dnia można było już malować na biało(cholera następny objaw inteligencji- białe ściany w piwnicy).
Przywołując obraz tej piwnicy rano i teraz, byliśmy z siebie dumni tylko ten kurz w ustach miał straszny posmaki trochę dziwnie się oddychało…
Następnego dnia w tej samej ekipie, zabraliśmy się do malowania(narzędzia znowu wyborowe: jeden duży wałek- cholernie twardy, ławkowiec i mały pędzelek i 15 litrów farby to rozciapania).
Po pierwszej warstwie farby, ściany w piwnicy zrobiły się szare(bielą tego nie można było nazwać). a i tutaj ważna uwaga- nie zaczęliśmy malować od sufitu tylko od ścian z obawy na możliwość wystąpienia deficytu farby- cały niepomalowany sufit by jeszcze przeszedł ale jedna czarna ściana przy pozostałych 3 białych by co najmniej śmiesznie wyglądała).
Pozostawiliśmy pędzle i malowaliśmy na zmiany jednym wałkiem, opcja: 2 patrzy gdy jeden pracuje.
Po następnych 2 warstwach ściany biły bielą i do tego zostało jeszcze z 3 litry na sufit. Zajebiście, było tak cudownie, że przez moment zastanawiałem się czy nie przenieść wersalki i telewizora do piwnicy. Jednak nie. Dokończyliśmy ściany i sufit, wreszcie można było odpocząć przy zimnej mineralce na schodach klatki.
Kolejny ale na szczęście ostatni dzień pracy. Główne zadania- położyć wykładziny i przenieść sprzęt. Z wykładzinami nie było najmniejszego problemu. Wsunęliśmy do piwnicy duży kawałek wykładziny, tak gdzie nie pasowało i było za dużo udupiliśmy- proste prawda?!. Teraz zostało tylko skoczyć do piwnicy M. i przynieść cały sprzęt.
Skręciliśmy wszystko w całość, żeby przynieść to za jednym razem bez niepotrzebnych kursów. Całe obciążenia wrzuciliśmy na sztangę. M. wziął sam ławeczkę a ja z Ch. razem sztangę z obciążeniami. Lekkie to, to nie było zapewniam wszystkich. Zaczął się bieg, dość pokraczny ale bieg. Biegliśmy bo ciężkie, biegliśmy bo wyglądaliśmy jak debile, biegliśmy bo chcieliśmy już ćwiczyć(yyy… dobra, przesadziłem). Podczas wnoszenia do piwnicy, zatrzask na sztandze się poluzował i całe obciążenia z jednej strony zsunęły się, po czym uderzyły z hukiem o schody, na szczęście nikt tam nie stał ani nie miał żadnej kończyny… jakby miał to pewnie już nie dałoby się tego nazwać kończyną. Biedne schody, troszkę się ukruszyły.
Pakernia stała, nowa a jednak stara. Zajebiście się prezentowała. Kurw, jak ja nie lubię pracować. Po raz pierwszy zrobiłem coś zajebistego, chciałem tą naszą siłownię pokazywać tłumom, oprowadzać ich po pomieszczeniach w piwnicy, sprzedawać pamiątki, cholera ale bałem się że zapaskudzą brudnymi buciorami naszą czysta wykładzinę.
Napisane w Co mnie wkurwia | Tagi: Piwnica, Polska, Praca, Życie