W zasadzie ta historia przypomniała mi się dzisiaj(dzięki chłopaki za przypomnienie:*) i miała być w 3 części “Wkurwiających sytuacji”, ale jak to było już kiedyś, podczas pisania rozrosła się do takiego rozmiar, że śmiało może być jako osobny post. Zapraszam do czytania.
Było to chyba w 2 albo 3 klasie gimnazjum, ksiądz poddał propozycje na wyjazd do Szczyrku na narty a, że nie potrafiłem jeździć na nartach zapytałem się czy mogę się z nimi zabrać, oni będą sobie jeździć a ja będę chodził po mieście. Ksiądz się zgodził. Przed oczami ukazała się wizja swobodnego, nieskrępowanego pijaństwa.
Rano przed wyjazdem skoczyliśmy do monopolowego. Każdy wyposażony w ćwiartkę i 2 piwa w plecaku mógł uznać to za przygotowanie do wyjazdu. Nie było ważne, że nie mieliśmy czapek ani rękawiczek, ważne że mieliśmy co pić!
Jeszcze zanim dotarliśmy na miejsce, w autokarze otwarliśmy i opróżniliśmy zawartość butelek z alkoholem. A jak to bywa pod wpływem alkoholu wpadliśmy na jak zwykle genialny pomysł żeby wynająć sobie jednak na miejscu narty. Na miejscu stwierdziliśmy, że narty są dla lam i bierzemy snowboardy. Chuj że każdy z nas o jeździe na snowboardzie wiedziałem tyle co Rumun o robieniu perskich dywanów. Bierzemy i koniec.
Wizyta w wypożyczalni, dobranie butów i desek. Nie było różowych.
Alko zaczęło działać, zapomniałem o lęku wysokości. Bez zastanowienia wbiegłem na samą górę stoku- nie muszę zaznaczać, że było cholernie stromo i wysoko. Po paru minutach stałem już u góry. Po chwili przypomniałem sobie, że mam lęk wysokości i nie umie jeździć na snowboardzie, ale co tu robić. Buty już były wpięte w deskę a próba zejścia z stoku byłaby równie pojebana jak to żeby zjechać z niego. Zamknąłem na chwile oczy, wziąłem głęboki oddech i w drogę.
Wyjebałem się i zjechałem na mordzie 5 m.
W TV wyglądało na prostsze. Nie wiem dlaczego ale myślałem, że kiedy ubiorę deskę będę potrafił co najmniej zjechać ale i zrobić jakiś trick. Idiota. W moje ślady poszli koledzy, jeden wjechał w 2 metrowe zaspy, drugi prawie rozwalił głowę o drzewo. Co za debil sadzi drzewa na środku stoku.
Po paru próbach wreszcie dojechałem do końca. Rozpiąłem zatrzaski, deska na plecy i znowu wszedłem na górę. Ale tym razem nauczony sytuacją z przed 5 minut, wszedłem tylko do połowy. Ulokowałem się z boku stoku, tak by żaden frajer nie przejechał się czasem po moich plecach. Wbiłem deskę przed sobą żeby mi nie uciekła, dokładnie dowiązałem buty, chcę sięgać po deskę a tu jej nie ma. Kurwa co jest? Zaczyna się powoli zsuwać, coś w rodzaju zwolnionego tempa.
Ja energicznie podrywam się z śniegu i zaczynam biec za nią. Ona zjeżdża coraz szybciej. Ja biegnę coraz szybciej. Szybka kalkulacja, deska zaczyna się oddalać, jedyna moja szansa to skok. Z pełnego rozbiegu rzucam się na deskę żeby ją złapać, odrywam się od ziemi, zaczynam lecieć w powietrzu głową do przodu. Hah, kurwa czuję się jak superman, tylko nie mam takich fajnych czerwonych majtek. Lecę i lecę, ale deska coraz bardziej spierdala.
Jeb! Przyjebałem o zmrożony stok. Na moment zaparło mi dech w piersiach, ale deska dalej ucieka. Pozbierałem się szybko i przebiegłem za nią jeszcze kilka metrów, ale nie było już szans żebym ją złapał- przyjebała z pełną siłą o kasę obok wyciągu. Z głośników rozległ się głos mężczyzny:
-Proszę pilnować desek!
Zabrałem swoją poszczerbioną deskę z zaspy i poszedłem odpocząć zaledwie po 2 zjazdach… nie koniecznie wszystkich na desce, miałem zamarznięte ręce. Ledwo co czułem, były sine i trzęsły się. Tak, wiem kurwa, że na snowboard bierze się rękawiczki.
Poszedłem za górkę żeby wypić piwa które kupiłem rano. Piwa lodowate, ja zziębnięty. Po wypiciu jednego miałem już dość. Drugie sprzedałem koledze po promocyjnej cenie. Deska zostawiona przy ławce, w jakiś sposób zjechała z górki, ale nie biegłem już za nią, jebało mnie to.
Następne podejście do stoku.
Tym razem nie było już tak źle, w zasadzie z zjazdu na zjazd jeździłem coraz lepiej, debile którzy brali narty już śmigali płynnie po stoku, a jaszcze więksi debile którzy brali snowboardy mogli się jedynie modlić żeby przy następnej glebie nie wyjebać sobie zębów.
M. i D. zjeżdżali ze stoku na wielkim gumowym pączku, J. bił L. po gębie do nieprzytomności bo wjechał na niego snowboardem. Życie się toczyło dalej.
Po 8 godzinach na stoku, nadszedł czas na powrót do domu. Cały drogę przespałem przytulony do szyby. Po dotarciu do Katowic dziwnie działał na mnie widok śniegu, a raczej brak śniegu na ulicach.
Podsumowanie:
Jeszcze rano tego dnia, nawet przez moment nie pomyślałem, że będę jeździł na snowboardzie, mało tego, że z pozytywnym skutkiem.
Zimny alkohol pity na dworze w zimę to głupota.
Cholerna Danuta pojechała z nami, żeby zrobić nam na złość, a i tak się jej nie udało!
Narty są dla frajerów.
Odmrożenia są bardzo uciążliwe i bardzo bolą.
Jeśli możesz wziąć rękawiczki na taki wyjazd, weź 2 pary. W razie czego dasz jedną parę zziębniętemu koledze.
Ksiądz był w pytę koleś.
Gimnazjum to były najlepsze lata mojego życia.
T. pamiętam o tym piwie które Ci oddałem za bezcen!
PS.
Przepraszam pana z wypożyczalni któremu uszkodziłem deskę i się nie przyznałem do tego. Byłem głupi i pijany.
Napisane w Sentyment. | Tagi: Alkohol, Klecha, Snowboard, Szczyrk